
Miniony rok wyglądał dobrze. Tylko wyglądał.
Kolejny, w którym zarabiałam głównie pisaniem. Bez wstawania przed świtem. Bez dojazdów, za to z kawą pitą w przerwie boso na trawie przed domem. Dzieci nie spędzały całych dni w placówkach. Uznaję to za sukces.
Zrealizowałam też cel, który jeszcze niedawno wydawał mi się nieosiągalny. Okazało się, że jestem odważniejsza, niż myślałam. A może bardziej szalona. I jak sobie coś postanowię, to „ni ma ch*ja we wsi” (czyt. na pewno dopnę swego).
Byłam w Hiszpanii. Upewniłam się, że Włochy nadal są numerem jeden. Więc tam wróciłam – dalej szukając miejsca do życia na polską jesienio-zimę.
Nadrobiłam zaległości towarzyskie. Mam mądre, piękne, zabawne koleżanki. Od lat te same. Mąż też ten sam. Liczba dzieci bez zmian. To również sukces. Tylko samoyeda wciąż brak. 🐶
Minął rok odkąd miałam kupić karnet na siłownię. Nie kupiłam do tej pory. Ale na czterdziestkę będę miała formę życia. Zobaczycie!
Kolejny rok życia spędziłam bez użycia wzoru skróconego mnożenia, macierzy odwrotnej i schematu budowy pantofelka.
Były koncerty. Bajeczne zachody słońca. Szum morza. Podmuchy halnego. Tańce w kuchni przy mieszaniu powideł. Głębokie rozmowy. Śmiech aż do bólu brzucha.
Świetny czas, no nie?
Tak to wygląda z zewnątrz. A teraz wersja nieinsta-friendly.
Między kawą na trawie a modlitwą o cud
Nawet nie wiecie, z jaką ulgą witam koniec roku. Mimo tych wszystkich dobrych momentów, to był rok tak emocjonujący, że aż… brak mi słów.
Tak. Mi.
Prawdziwy sukces? Że go przetrwaliśmy. Choroby. Operacje. Morderstwa. Samobójstwa. Niespodziewane śmierci. Było tego tyle, że zaczęłam podważać moją teorię, że „wszystko dzieje się po coś”.
Może tak ostro oceniam 2025 rok, bo w styczniu wywaliło mi error. Najgorszy dzień w moim życiu.
Klęczałam zapłakana w kościele, modląc się o cud. Który się zdarzył. 🙏
Nie codziennie rano czytasz wiadomość, że stan bliskiej osoby, z którą kilka godzin wcześniej normalnie rozmawiałaś, jest krytyczny. I że zostaje tylko modlitwa oraz zaufanie do lekarzy.
Jak trwoga, to do Boga. Negocjujesz. Że to jeszcze nie ten czas. Powtarzasz: „Nie moja wola, ale Twoja niech się stanie”. Jednocześnie masz w sobie totalną niezgodę. Bo egoistycznie wiesz jedno: TY nie jesteś na to gotowa. Miało być winko na starość i wspominanie młodości. Nie wizyty na cmentarzu.
„Życie jest kruche” – banał, prawda?
Może ta lekcja była komuś potrzebna.
Ja już swoją odrobiłam. Dawno.
Roku 2025, nie będę za Tobą tęsknić.
Roku 2026, przynieś coś dobrego.
Potrzebuję tego jak tlenu!
„Życie jest cudowne.
A potem jest okropne.
A potem znowu cudowne.
A pomiędzy cudownością a okropnością jest zwyczajne, prozaiczne i rutynowe.
Wdychaj to, co niesamowite, przetrwaj to, co okropne i odpoczywaj podczas tego, co zwyczajne.
Życie po prostu takie jest.
Rozczulające, krzepiące, cudowne, okropne, zwyczajne.
I oszałamiająco piękne.”
L.R. Knost
