
Kiedyś pisałam o moich planach na przyszłość tak: Marzę o małym domku pod lasem z ogródkiem, ukwieconą, dziką łąką, kwitnącymi jabłoniami, szumiącymi brzozami i kurami chodzącymi samopas. Niczym Zosia z „Pana Tadeusza” (to straszne, że wiekowo bliżej mi do Telimeny niż do Zosi), biegająca boso po ogrodzie w promieniach wschodzącego słońca. Bez zasięgu telefonii komórkowej, 5G, wi-fi, nowoczesnych technologii i innych ludzi. Tylko ja i kury…”. W przypływie weny wynikającej z awarii sieci energetycznej postanowiłam zaktualizować ten wpis, co właśnie czynię. Bez obaw, przeczytanie go zajmie Ci zaledwie 4 minuty.
Wsi spokojna, wsi wesoła
Człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka nigdy. Wcale się tego nie wstydzę, a wręcz jestem z tego dumna. Ponad 30 lat żyłam w małej wiosce między górami, zapomnianej przez Boga i ludzi 😉 Bez zasięgu, bez kanalizacji, bez gazociągu, bez światłowodu, bez LGBT. Gdzie chłop to był chłop, a baba to baba, a nie jakieś „ono”, „jeno”, „jenu”. Cywilizacja stopniowo dociera i tam, wifi-calling działa, więc to kwestia czasu aż na wiosce pojawi się Dino i język inkluzywny. Obecnie mieszkam na obrzeżach małego miasteczka, więc musiałabym znaleźć większe odludzie, by zatracić się w pustelniczej egzystencji. Czy rzucę kiedyś wszystko i pojadę w Bieszczady? Ta opcja trochę kusi, ale wtedy przywołuję sobie w pamięci pewne niedogodności wynikające z faktu mieszkania na końcu świata.
„Zielony ład” = czerwony jad!
Jestem całym sercem za żywym ogniem i piecami typu „śmieciuch”, dzięki którym jest się niezależnym od dostawy energii elektrycznej. Żadni ekoterroryści mnie nie przekonają, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Nope. A taki piec kaflowy, z którego niejeden jadłam chleb i niejednego karpiela, to już w ogóle świetna sprawa! Tylko jest jedno „ale”. Nic nie daje mi tak dużego komfortu życia o poranku, jak brak konieczności rozpalania w piecu, a potem doglądania, czy ogień nie przygasa. Tak, jestem wygodnisią. Jeśli mogę rano pospać w ciepełku, to dlaczego nie. Poza tym rozpalanie ognia to nie jest moja supermoc. Znam takiego jednego, który nie mógł rozpalić w piecu, więc dolał… benzyny. Brałam udział w akcji ratowniczej, nie próbujcie tego sami w domu.
5G i foliowa czapeczka
Druga sprawa – brak zasięgu. Niby fajnie. Żadnego 5G, więc nie musiałabym na co dzień nosić foliowej czapeczki. Nikt dupy nie zawraca, bo się nie dodzwoni. Ale Ty też się nie dodzwonisz nigdzie, nawet po pomoc. Poza tym, kto Ci uwierzy, że w XXI w. nie masz zasięgu. Mi nie wierzono, gdy po pracy nie można się było ze mną skontaktować. Tylko wybrańcy wiedzą, co to znaczy trzymać wysoko rękę z telefonem przy oknie w nadziei, że chociaż jedna kreseczka pojawi się na wyświetlaczu i uda się wysłać/odebrać SMS-a. Ta wiara i poświęcenie działały czasem cuda!
Do miasta piechotą będę szła
Znaczna odległość od miasta oznacza jedno – raz na jakiś czas trzeba do tego miasta dojechać na większe zakupy albo załatwienie spraw urzędowych. Jeśli masz auto, w dodatku sprawne, nie jest to problematyczne. Chyba że dojeżdżasz do pracy codziennie. Marnując sporą część swojego życia. A zimą psując swoje nerwy. Czasem słyszę, że jestem słaba. O nie! Słabym nie może być nazwany nikt, kto w młodości wstawał w środku nocy (godz. 4:15) zimą (!), żeby jechać pierwszym PKS-em na zajęcia. Nikt, kto marzł na przystankach w oczekiwaniu na spóźnionego, przepełnionego busa. Wtedy powtarzałam sobie, że nigdy więcej! Nie chcę takiego życia, w którym wstaję przed wschodem słońca, a wracam z pracy w ciemnościach. Robię wszystko, by nie mieć takiego przymusu – szukasz specjalisty od copywritingu albo wirtualnej asystentki? Napisz do mnie 🙂
Niekomfortowe wyjście ze strefy komfortu
Doświadczenia życiowe przekonały mnie, że życie z dala od cywilizacji bywa przyjemne, jednak ma także swoje słabe strony. Trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu, a jest to bardzo niekomfortowe. Póki co doceniam więc tę wygodę życia w cywilizowanym świecie: bez konieczności zbierania chrustu na opał i czerpania wody ze studni. Doceniam – aż do następnej awarii prądu, blackoutu albo innej tragedii.
Jajko czy kura?
Gdzieś głęboko jednak ta amiszka we mnie tkwi. I kto wie? Może za 5-10 lat będę pisać o wpływie diety kur zielononóżek na kolor jajek. Bo to, że kura jest krewną T-Rexa, a naukowcy z Uniwersytetu w Uppsali dowiedli, że kurze pióra odstraszają komary, to wiesz? A tak w ogóle to ChatGPT zna odpowiedź na odwieczne pytanie. Otóż pierwsze było jajko. Wg sztucznej inteligencji była sobie kiedyś „prawie-kura”, która złożyła jajo. Z tego jaja, w wyniku mutacji genetycznych, wykluła się pierwsza prawdziwa kura. Więc jajko zawierające kurę pojawiło się przed pierwszą kurą. Chociaż wcześniej była ta „prawie-kura”, a ona skąd się wzięła…? Nie wiem, ale się dowiem! Mój e-book o kurach już wkrótce jako bestseller Empiku TOP100 🙂
